Dr Anna Okulicz-Mazurkiewicz

.... życzy swoim Czytelnikom przyjemnej lektury

 

 

„Prababka Maria obiera jabłka” – to najnowsza książka Anny o poszukiwaniu korzeni. Książka, w której podjęta została próba rekonstrukcji sytuacji i zdarzeń z przeszłości w jakich uczestniczyła lub też znalazła się – często wbrew własnej woli lub z niewielkim jej udziałem – ta bez wątpienia frapująca i przyciągająca uwagę kobieta. Dała ona początek rozgałęzionej rodzinie Okuliczów, której losy powiązane zostały z rozległymi regionami ówczesnego Cesarstwa Rosyjskiego: od Wołynia i PrababkaUkrainy, poprzez Mińszczyznę na Białorusi, po odległą wschodnią Syberię i najodleglejszy rosyjski Daleki Wschód. Rodziny której drogi wiodły, między innymi, od kongresowego Królestwa Polskiego poprzez Imperium Rosyjskie aż ku niepodległej Rzeczypospolitej i Warszawie. Cezurą przyjętą w książce jest bowiem – przynajmniej formalnie – rok 1939. Rekonstrukcja biografii prababki daleka jest od perfekcji klasycznych badań historycznych. To raczej rodzaj prywatnego śledztwa i poszukiwania dowodów, ale także poszlak tłumaczących okoliczności rodzinne, wyjaśniających domniemane przyczyny zmian miejsca wydarzeń oraz próba rozwiązywania zagadek czasu, który już dawno upłynął. Środkami prowadzącymi do osiągnięcia celu – odtworzenia biografii Marii – są świadectwa, które wedle terminologii nauk historycznych można by nazwać źródłami. Wedle terminologii kryminalistycznej byłyby to skrzętnie gromadzone dowody. Trzeba jednak pamiętać, że mamy do czynienia ze śledztwem lub procesem poszlakowym. Słowem, brak jest stuprocentowych dowodów, że opisywane wydarzenia i sytuacje w rzeczywistości miały właśnie taki przebieg. Do tego trzeba pamiętać, że osoba pełniąca funkcję detektywa jest głęboko osadzona w narracji beletrystycznej, a to dodatkowo komplikuje sprawę. Rodzi się bowiem pytanie: do jakiego stopnia opisywane sytuacje są rekonstrukcją przeszłości, a w jakim stopniu to tylko i aż licentia poetica. Najciekawsze są jednak owe świadectwa przeszłości: ścieżki, ślady, tropy, niewiadome i znaki zapytania. Stare fotografie, przedmioty dotknięte zębem czasu, albumy, puzderka, pudełka, pierścionki, bransoletki, książki, listy i przede wszystkim rodzinne facecje, dykteryjki, opowieści i legendy. Wszystko to jest skrzętnie gromadzone, skrupulatnie układane, wnikliwie porównywane i cierpliwie zestawiane. I tak powstaje wzór przypominający kordonkową serwetę na stół – z lekka pożółkłą z racji wieku, ale przecież nadal zachwycającą poprzez swój pietyzm wykonania, perfekcję w przetworzeniu szczegółu i niebywałą dbałość połączoną z mistrzostwem dawno utraconych umiejętności koronkarskich. Dla osób pasjonujących się poszukiwaniem korzeni i przeszłością książka ta będzie bez wątpienia przyjemnością, a być może nawet swego rodzaju smakowitą ucztą intelektualną, bardziej lukullusową niż Baltazara. Choć sposób narracji jest w tej książce szczególny. Warto więc zwrócić uwagę na charakterystyczne cechy prezentowanego tu pisarstwa. To narracja oszczędna, chciałoby się rzec, skąpa i ograniczona wyłącznie do najważniejszych elementów. Brak w niej ozdobników, błysków erystyki, duserów i fajerwerków elokwencji. Brak też zbędnych słów, nadmiaru przymiotników, emfazy i typowej nadkobiecej czułostkowości. Słowem, to język bardziej reportażu niż opisowa narracja tradycyjnej powieści. I tak też czyta się Prababkę Marię. Czytamy, mówiąc kolokwialnie, ,,na jednym oddechu”, chcemy natychmiast dowiedzieć się, co wydarzyło się później – jak to wszystko się skończyło? Bez zbytnich obaw co do nieuprawnionych uproszczeń, można tę książkę zdefiniować jako reportaż historyczny lub reportaż z przeszłości. Czy jest to zaleta, czy też wada książki? Czytelnik musi sam zdecydować. Na zakończenie tych kilku słów wstępu wypada powiedzieć, że książka jest niewątpliwie doskonałym przykładem odtwarzania własnej mikrohistorii. Mieści się też w nurcie ,,po” post modernistycznym. To również świadectwo – wbrew Francisowi Fukuyamie -że końca historii nie będzie. Każde kolejne pokolenie zmierza do rekonstrukcji własnej historii, własnej tradycji i własnych wspomnień. Pytanie bowiem – jakie przyświeca tego rodzaju dziełom – brzmi: nie – jak na prawdę było, lecz – jak pamiętamy przeszłość i co z tej przeszłości jest dla nas dzisiaj ważne. Jest to więc pytanie o pamięć historyczną, czy – wedle modnych dzisiaj określeń – pytanie o historyczną ,,mapę naszego umysłu” oraz o idee, które w naszej świadomości pozostały z bardziej lub mniej zamierzchłych czasów. Idee, które mają często bezpośredni, choć nie zawsze uświadamiany wpływ na kształt naszych decyzji, wyborów i hierarchię wartości naszych celów w sprawach doczesnych. Wyruszajmy więc w drogę śladami prababki Marii, która obiera jabłka.

Napisane przez: Prof.dr hab.Leszek Zasztowt

 

ISBM 978-83-7545-488-8

 

       

 

 

Powieść Anny Mazurkiewicz "Jak uszczypnie będzie znak" została pierwszą i jedyną polską książką, którą włączono do ogólnoświatowej kampanii Breast Friends. Celem tego przedsięwzięcia jest uświadomienie chorym i ich bliskim, jak ważne jest wsparcie otoczenia podczas leczenia choroby nowotworowej. W akcję włączyły się znane postaci medialne, m.in. Marcia Cross, Jerry Hall i Rosanna Arquette.

 

Paradoksalnie powieść Anny Mazurkiewicz, choć dotyka tematów takich jak choroba i śmierć, jest historią odkrywania smaku i ceny życia. Atakujący znienacka nowotwór powoduje przemianę głównej bohaterki i narratorki z wypalonej życiem kobiety w wieku średnim w osobę doceniającą wartość każdej podarowanej przez los chwili.

 

Kolejne etapy, przez które przechodzi Maryna - odkrycie guza, przerażenie, apatia, operacja amputacji piersi, ulga po diagnozie, że choroba została pokonana, nawrót nowotworu i podjęcie walki z pełną świadomością, że rak może w każdej chwili odebrać możliwość smakowania świata - punktowane są autobiograficznymi opowieściami słynnych kobiet, które żyły na przełomie XIX i XX wieku. Każda z nich umarła, bo przecież śmierć jest nieodłacznym elementem życia, ale jednocześnie wszystkie nadal istnieją w naszej zbiorowej świadomości. Nie przedstawiają się imionami i nazwiskami bądź pseudonimami, pod którymi są najbardziej znane. Wymieniają jedynie fakty ze swoich biografii, ale czytelnik  i tak nie ma problemu z rozpoznaniem każdej z nich (w przypadku wątpliwości można skorzystać z rozwiązania zamieszczonego na końcu książki), ponieważ wykorzystały dany sobie czas niezwykle intensywnie i w pełni.

 

 W tle najważniejszego wątku - choroby nowotworowej Maryny - rozgrywają się wydarzenia charakterystyczne dla polskiej rzeczywistości: nieudolne prowadzenie firmy przejętej przez polonusa z Francji, problemy rodzinne głównej bohaterki i jej przyjaciółek oraz znajomych, szara codzienność naszej służby zdrowia i konieczność korzystania przez chorego z prywatnych znajomości oraz prywanych badań podczas leczenia i rekonwalescencji. Drugi i trzeci plan sprawiają, że książka Anny Mazurkiewicz jest napisaną z nerwem współczesną powieścią obyczajową wyposażoną w panoramę polskich realiów początku XXI wieku, która została nakreślona z reporterską przenikliwością.

 

Historia opowiedziana przez autorkę nie jest pozbawiona tezy - z rakiem można i warto walczyć, a życie osoby dotkniętej chorobą nowotworową może być życiem pełnym i spełnionym, zaś perspektywa ciągłego zagrożenia może pobudzać do działania zamiast wpędzać w apatię. Jednak dzięki zgrabnej formie, wartko poprowadzonej, chwilami niemal sensacyjnej akcji i dowcipnie napisanym autobiografiom słynnych kobiet, nie ma w propozycji Anny Mazurkiewicz taniej dydaktyki i łopatologii, nie brakuje natomiast poczucia humoru. Wsparte osobistymi doświadczeniami autorki przeżycia głównej bohaterki są wiarygodne, a jej walka z chorobą może zachęcać osoby dotknięte lub zagrożone nowotworem do podjęcia własnej batalii z rakiem, poczynając od regularnych, profilaktycznych badań.

 

ISBN 83-7337-455-8

 

 

 

To tylko facet - mówi jedna z bohaterek mojej książki. Ile razy każda z nas wypowiedziała te słowa? Z czułością, z bezradną złością, a czasem z rozpaczą. Bo przecież meżczyźni sa dla nas bardzo ważni nawet wtedy, gdy wymarzone wspólne życie okazuje się nieporozumieniem. Być razem czy tylko trwać w związku? Bo przecież zawsze można powiedzieć sobie z rezygnacją - to tylko facet - Anna Mazurkiewicz

ISBN 83-922240-5-1

 

      

 

 

To książka dla kobiet, które kochają „Przeminęło z wiatrem”. A ponieważ tę słynną powieść wydano w ciągu kilkudziesięciu lat w 30 milionach egzemplarzy w 30 językach mamy spore szanse na pobicie rekordu Harry’ego Pottera. Ale jest to również powieść dla tych kobiet, które o „Przeminęło z wiatrem” nigdy nie słyszały… Bo to historia dla kobiet, o kobietach, napisana przez kobietę. To powieść na wskroś współczesna, która pokazuje jak niewiele się zmieniamy, choć mijają wieki. Bo niezależnie od czasów i panujących obyczajów zawsze bywały kobiety silne, choć często różniły się, tak jak Melania różniła się od Scarlett.

144 str., 145 x 205, oprawa broszurowa

ISBN 978-83-61297-02-4

 

 

 

Oksza - nasz herb rodzinny

 

Herb z początku XII w. W polu czerwonym topór bojowy (oksza) ostrzem w prawo. W klejnocie nad hełmem w koronie także oksza wbita ostrzem w koronę.

Oksza. Oxa siue Ascia, que securim carnificam, quam poloni oxam, Bohemi bradaczyczam vocant, in campo rubeo defert.

Oksza (Ascia, Bradacica, Bradaczyca, Brodacica, Halabarda, Hoksza, Oksa, Oxa, Kołda), polski herb szlachecki z okresu dynastii Piastów, pochodzenia czeskiego.

Zawołanie: Kołda Liczba rodów: Herbem pieczętowało się 16 rodów.

 

 

 

Hanutka, Geny i Skarb       

 

„Chyba znalazłem waszą zaginioną rodzinę!” – napisał do mnie daleki kuzyn Wojtek Okulicz z Kanady. Potem były maile – po rosyjsku, angielsku, francusku. Tak, jakby nie było tych ponad 80 lat rozstania, pisze Anna Okulicz-Mazurkiewicz*

 

Odkąd pamiętam, fascynowały mnie rodzinne opowieści. Na przykład o nigdy nieodnalezionym napoleońskim skarbie. Działo się to w rodowych dobrach Okuliczów – w Hanutce (stacja kolejowa Grodzianka, mniej więcej 50 km od Mińska). Przez Hanutkę przetoczyła się wyprawa napoleońska idąca na Moskwę. Francuzi mieli wrócić po zakopaną skrzynię po wygranej wojnie. Kiedy po odwrocie Francuzów nikt się nie zgłosił, mój praprapradziad Benedykt próbował odszukać skarb. Oczywiście nic z tego nie wyszło. 

 

Po powstaniu styczniowym Hanutkę skonfiskowano, a syn Benedykta, prapradziad Kazimierz, został wywieziony do Irkucka. Po roku 1880 zsyłka się skończyła i można było opuścić Irkuck. Okuliczowie – już mój pradziad Bazyli – zamieszkali w majątku Jeżówka na Ukrainie, który otrzymali w wieczystą dzierżawę. Jeżówka, gubernia kijowska, powiat Zwinogródka, stacja kolejowa Szpoła.

 

Mój znajomy historyk, prof. dr hab. Leszek Zasztowt, specjalizujący się w historii Kresów, gdy opowiedziałam mu to wszystko, stwierdził, że w historii nie ma nic „na wiarę”, i pobiegł do biblioteki pogrzebać w książkach. Do tej pory wszystko się zgadzało: „Hanutka, wieś mała i folwark w powiecie ihumieńskim nad rzeczką tegoż nazwiska, dziedzictwo Okuliczów, folwark ma około 630 mr, łąki wyborne, lasu dostatecznie, wieś liczy siedem osad włościańskich. Okręg policyjny berezyński” („Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich”, tom 3, s. 32, 1882). I jeszcze: „W listopadzie 1861 r., gdy młodzież zaczęły żywiej przenikać prądy patriotyczne, ziemiaństwo mińskie poszło za nimi i przyłączyło się do Rządu Narodowego. Połowa uczniów z gimnazjum mińskiego poszła do partyzantki. Zaczęły się egzekucje, więzienia i prześladowania. Między innymi zostali skazani na śmierć Okulicz Bolesław, rozstrzelany w powiecie ihumieńskim” (Ludwika Życka, Michalina Łęska „Działalność popowstaniowa Polaków na Ziemi Mińskiej”, Warszawa 1939). Zdjęcie Bolesława zachowało się w albumie!

 

Ale wróćmy do Jeżówki. Gdy w 1917 r. wybuchła rewolucja, Okuliczów rzecz jasna wypędzono z majątku. Jak wspominał mój stryjeczny dziadek Zygmunt, uciekali po zamarzniętym stawie, wokół świszczały kule, a matka w biegu przekładała mu czerwone paltko na lewą stronę, żeby nie był łatwym celem. No proszę, był nawet chłopczyk w czerwonym paltku.

 

Najpierw przyjął ich pop, potem szli 30 wiorst do Zwinogródki, wreszcie zatrzymali się w Szpole. Bazyli wkrótce zaraził się tyfusem i umarł, pozostawiwszy żonę Marię i cały zastęp dzieci. W Szpole zamieszkał też jego brat Wincenty z żoną Marią i synkiem Ottonem. Moja dzielna prababka Maria cały czas czekała, aż nadejdzie polskie wojsko. Ale zamiast polskich żołnierzy najpierw weszli Niemcy, potem białogwardziści Denikina, aż wreszcie w 1920 r. ktoś przyniósł wiadomość: polskie wojsko już było i nie wróci. Prababka podjęła decyzję. Trzeba jechać do Polski. Nie było to proste. Repatriować się mogli tylko ci, którzy mieli polskie metryki. Pierwsza wyjechała najstarsza córka Helena z mężem Wincentym Narbuttem, studentem medycyny. Jego kolega został starostą w podwarszawskim Radzyminie i pomógł załatwić metryki dla wszystkich.

 

W Szpole zostali: Wincenty, Maria i mały Ottonek. Kto wtedy, w 1920 r., mógł przewidzieć, co się będzie działo na Ukrainie? Wincenty, Maria i Ottonek przez ponad 80 lat siedzieli zastygli na fotografii w starym albumie. Wiedzieliśmy, że to oni, wszystkie zdjęcia opisałam na szczęście z nieżyjącym już stryjem Zygmuntem.

 

I nagle trzy lata temu dostałam e-mail od dalekiego kuzyna Wojciecha Okulicz z Kanady, szalonego zbieracza Okuliczów rozsypanych po świecie: „Chyba znalazłem waszą zaginioną rodzinę!”. Wkrótce dostałam następny list: „Prof. dr Victor Akulichev, director of Pacific Oceanologic Institute, Vladivostok, born at town Shpola not far from Kiev, Ukraine. My father Anatoly was born in 1914 and his original name was Otto. My grandfather was Wikenty Okulich”.

 

A dalej poszło szybko. Najpierw maile – po polsku, rosyjsku, angielsku, francusku. Potem telefony. Tak, jakby nie było tych ponad 80 lat rozstania.

 – Przyjeżdżajcie – powiedziałam któregoś dnia.

– Żyzń takaja karotkaja, prijezżaju! – odparł Victor natychmiast.

 

Kiedy czekałam na moich zaginionych w pożodze historii Okuliczów na Okęciu, zastanawiałam się, jak ich poznam. I nagle w drzwiach pojawił się... mój tata Leszek Okulicz. Obaj mają te same rysy, tak samo układają im się włosy, mają identyczne zmarszczki. – Wot gieny! – powiedzieliśmy natychmiast i rzuciliśmy się sobie w ramiona.

 

– Boże mój, eto Victor – krzyknęła na widok mojego ojca żona Victora Lara.

– Jezus Maria, dziadek! – wrzasnął na widok Victora mój syn Jasiek.

 

Dalej było całkiem magicznie. Okazało się, że mamy podobne reakcje, nawyki, ulubione potrawy. Victor codziennie po południu znikał na pół godziny. – On pisze dziennik – powiedziała jego córka Victoria. Moja stryjeczna siostra. Ja piszę dziennik od 13. roku życia.

 

Opowiadaliśmy sobie stracone 80 lat. Victor po raz pierwszy w życiu zobaczył zdjęcia swojego dziadka, babki i swojego ojca Ottonka, który na naszych fotografiach wciąż ma cztery lata... Ich losy były trudniejsze i bardziej tragiczne niż nasze. Moja prababka kupiła konia, wóz, załadowała dzieci i resztkę dobytku, nawet psa o imieniu Irosz, i dojechała do Polski. (Mój dziadek Tadeusz Okulicz przez ten czas wziął udział w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 r., został odznaczony medalem „Polska swemu obrońcy”).

 

Oni żyli w ciągłym lęku, „nam nada było skrywat, szto my Polaki”. Wreszcie, ratując życie, Otton ( jak można było mieć takie imię za władzy radzieckiej) zmienił nazwisko na Akulitchew, imię na prawomyślne Anatolij. Udało mu się przeżyć Stalingrad, bo, jak mówi teraz Victor, był ranny „akurat” – ciężko rannych zostawiano na polu bitwy, lekko rannych rozstrzeliwano za dezercję. Całe życie chciał odszukać towarzysza dziecinnych zabaw Zygmunta, tak jak Zygmunt, który zawsze chciał odnaleźć Ottonka. Obaj nie zdążyli.

 

Właściwie nigdy byśmy się nie odnaleźli, gdyby nie internet. Zagubione literki w nazwisku nie miałyby szans się odnaleźć.

 

 

 

 

Copyright © 2005

Dr Anna Okulicz-Mazurkiewicz

Dziekanów Polski -Warsaw, Poland

Email:  natkanatka@gazeta.pl